środa, 12 października 2016

Świnki, o których marzę

Mam plan wygrać kiedyś w totka. Kiedy (nie "jeśli", tylko "kiedy", pozytywne myślenie to wszakże pewna droga do sukcesu) wygram, będę mogła wreszcie zbudować dom na tyle duży, żeby pomieścił wszystkie świnki, jakie mi się marzą.

Bo wiadomo: wszystkie prosiaki są śliczne i zasługują na domek, ale nie oszukujmy się: każdy z nas ma jakieś swoje estetyczne preferencje, każdemu z rożnych powodów jedne świnki podobają się bardziej od innych. Niestety, mieszkania nie są z gumy i nie pomieszczą wszystkich klatek, jakie chcielibyśmy w nich postawić. Za to internet jest nieskończony, więc mogę w nim zamieścić listę świnek, które mnie absolutnie zachwycają. I które mam zamiar sukcesywnie dołączać do stada, w miarę możliwości i warunków lokalowych (no, chyba, że w mój misterny plan wkradną się jakieś biedne, potrzebujące zmienne).

Kiedyś złapię je wszystkie.

1. Aguti
Trzeba przyznać, że świnki o kolorze identycznym z naturalnym mają nieodparty urok (przynajmniej dla mnie, ale gdzie by się nie wrzuciło zdjęcia zwierzaka o umaszczeniu silver agouti, zaraz podniosą się pienia zachwytu, więc chyba osamotniona nie jestem). Kiedyś moim absolutnym obiektem uwielbienia były srebrne agutki, ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że zniszczyłby mi taki osobnik starannie (ha ha) dobieraną (ha ha) paletę barw moich domowych ulubieńców. Od tej pory znacznie łaskawszym okiem patrzę na inne odmiany tego ubarwienia. Choć silverki ciągle uważam za przepiękne.

2. CUY
Uwielbiam duże zwierzęta. Gdybym miała kota, marzyłabym o Maine Coon, z psów najbardziej podobają mi się te duże i kudłate. Nic więc dziwnego, że duże świnki również budzą mój nieustający zachwyt. Bo w końcu: jeśli można mieć więcej do kochania bez uszczerbku na zwierzęciu, to czemu nie? Oraz duże jest piękne.:)

3. CH Teddy
Świnki puchate podobały mi się od zawsze (to znaczy, od kiedy właściwie dowiedziałam się o ich istnieniu). Między innymi dlatego mam Momo i Appę. W pewnym momencie dowiedziałam się, że jednak istnieją świnki puchatsze, niż Appa i Momo, czyli rasy CH Teddy właśnie. I podobno w przeciwieństwie do moich dziewczynek, mają futerko mięciutkie w dotyku. No sama słodycz, jak tu się nimi nie zachwycać? Niestety, hodowle tej rasy, jak na złość, znajdują się setki kilometrów od miejsca, z którego piszę tę notkę (patrzcie, jak to poetycko brzmi;)), a ja nie miałabym serca przesyłać zwierzaka przez całą Polskę (albo pół, jeśli o to chodzi).

4. Skinny
Przyznam, że dopóki nie miałam okazji pogłaskać łysej świnki osobiście, nie wiedziałam, czym się ludzie zachwycają. Ale one mają taką milutką, miękką i ciepłą skórę, że zakochałam się przez dotyk. Gdybym miała łysą świnkę, miziałabym ją cały czas (i nazwała ją Zgredek. Albo Picard, jeśli jakimś cudem byłby to samiec)

5. California
Ciemne noski wydają mi się urocze - zwłaszcza, kiedy osadzone są na jaśniejszych pyszczkach.:) Oczywiście odmiana himalaya, gdzie za czarnymi noskami pyszczki są białe też ma nieodparty urok, jednak... Cóż, nieodmiennie kradną mi serca prosiaki o złoto-czekoladowych odcieniach. To bardzo mało jeszcze popularna odmiana, ale nieodmiennie mam nadzieję, że kiedyś zawita i w moim domu (a żeby było zabawniej, to rejestrowana hodowla jest całkiem niedaleko).

Oczywiście nie jestem wybredna, nie miałabym nic przeciwko, gdyby jedna świnka łączyła w sobie kilka z tych pięciu punktów - piękna cuyowa dziewczynka, jeszcze z koronką na czole albo CH Teddy o umaszczeniu california - marzenie... A jak wiadomo, marzyć można. No to sobie pomarzyliśmy, a teraz wracam miziać zawartość mojej klatki.

2 komentarze:

  1. Świnki puchate i puchatsze <3
    Życzę w takim razie wygranej w totka, bo plany widzę zacne! 😍

    OdpowiedzUsuń
  2. California śliczna <3! Taka CUY też jest śliczna, ale jak dla mnie trochę za duża. Plus jest taki, że nie wepchnie się w małe kąty, gdy biega po mieszkaniu :D. Tak czy tak, wszystkie prosiaki są przesłodkie <3

    OdpowiedzUsuń