środa, 9 marca 2016

Zrób to sam: świńskie ciasteczka, czyli recykling karmy

Dla każdego właściciela świnek nadchodzi taki dzień, kiedy kupiona z polecenia, dość droga i mająca idealny skład karma okazuje się kompletnie niejadalna dla podopiecznych. Wtedy pozostają tylko trzy wyjścia. Można po prostu wyrzucić kupioną za ciężkie pieniądze karmę. Można próbować przekonać do niej prosiaki rożnymi metodami. A można też... przerobić ją na ciasteczka.

Do produkcji ciasteczek potrzebne są o takie rzeczy:
 

W dużym pojemniku mamy bazę - nielubianą karmę, wzbogaconą o trochę lubianych ziół oraz świnkowe niedojady z kilku ostatnich dni (są w litrowym pojemniku po lodach, ze podam dla skali). Ziarna słonecznika i kolba lucernowa (wolałabym dodać zielnikowy brykiet lucernowy, bo jest zdrowszy i nie ma żadnych dziwnych składników, ale mi wyszedł) są tu tylko dlatego, że chciałam, aby ciasteczka były kaloryczne (dwóm z trzech panien nie zaszkodziłoby nieco przytyć), ale jeśli wasze świnki trzymają grubą i wyrazistą linię, to jak najbardziej można z nich zrezygnować. Suszoną bazylię zaś dodałam do smaku, bo ostatnio to zioło awansowało na ulubione u moich dziewczyn. Do tego oczywiście woda i coś, co będzie można wykorzystać w charakterze lepiku. Jeśli ktoś ma świeże zioła, to również można ich dodać - będzie potem potrzeba mniej wody i lepiku do ugniecenia masy.

Zaczynamy od roztarcia wszystkich składników w moździerzu. Jeśli ktoś ma blender lub młynek z długimi, mocnymi ostrzami, to też może go użyć, ale ja wolę bardziej klasyczne metody (można się przy tym poczuć jak jakiś mistrz eliksirów czy coś).
 
Jako siły napędowej do moździerza użyłam Lubego. Polecam.
Po utarciu i zamieszaniu składników wychodzi coś takiego:


Czas więc dodać wody oraz lepiku. Najlepsza (no, jedyna przeze mnie testowana, ale jestem zadowolona) do tego jest... kaszka dla niemowląt. Internet (konkretnie takie jedno forum) poleca Sinlac, ale zwykłe Nestle też się sprawdzi.

Do naszych ciastek wystarczyło 3,5 łyżki stołowej kaszki.
Potem, cóż, zalewamy wodą i mieszamy ręką, aż paciaja osiągnie konsystencję pozwalającą formować z niej kulki/kostki/cokolwiek. 
 

Warto dolewać wody stopniowo i wedle potrzeb (to samo z kaszką). W ten sposób łatwiej kontrolować konsystencję brei. Końcowy efekt powinien wyglądać mniej więcej tak.


Z tego możemy już lepić takie kształty, jakie uznamy za stosowne. U mnie były to kostki, ale znawcy zalecają możliwie płaskie kształty, bo takie łatwiej wysuszyć.
 
Tyle nam wyszło z pokazywanych na zdjęciu składników. Wszystkie te piękne kosteczki ulepił Luby.
Ciasteczka powinno się suszyć na powietrzu, w ciepłym, suchym i przewiewnym miejscu. My akurat piekliśmy też ciasteczka dla siebie, więc postanowiliśmy wykorzystać stygnący piekarnik do przyspieszenia tego procesu ale trzeba pamiętać, że temperatura zdecydowanie nie powinna przekraczać 100 stopni. Warto też w trakcie co jakiś czas odwracać ciasteczka, żeby każda strona schła równomiernie. Proces suszenia powinien zakończyć się po kilku dniach.


Jak widać, dziewczynom smakuje.:)

PS. Specjalne podziękowania dla Lubego :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz