środa, 21 września 2016

Czego zazdroszczę psiarzom i kociarzom jako właścicielka gryzoni

Na Facebooku czasem zdarza mi się, pół żartem, pół serio, narzekać na dyskryminację właścicieli świnek morskich (czy może ogólnie – drobnych ssaków) względem właścicieli psów i kotów. Cóż, dyskryminacja dyskryminacją, na poważnie raczej tak mocnych słów bym nie użyła, jednak każdy zwierzolub, który siedzi w zwierzolubnym internecie zauważy, że między środowiskiem psio-kocim a środowiskiem gryzoniowym (pozwólcie, że będę używała tego określenia dla środowiska właścicieli małych ssaków, także królików, jeży czy fretek. Choć co do fretek, to sama nie wiem, do której grupy właścicieli im bliżej) istnieją pewne rzucające się w oczy różnice. Krótko mówiąc – psiarze (i kociarze) mogą i mają więcej. Zazdroszczę im. W kilku punktach różnych rzeczy im zazdroszczę.
 

Szacun na dzielni


Nie oszukujmy się, Polska jest krajem, gdzie każdy może oberwać uwagą, że głupi, bo się jakimiś durnymi zwierzętami przejmuje, a warunki utrzymania wychodzące poza pełną michę i minimalnej wielkości posłanie są uważane za fanaberię. Niemniej śmiem twierdzić, że ludzie mający psy i koty takimi tekstami obrywają rzadziej.

Wpis ilustrują losowe zdjęcia moich świnek. Bo tak.
Bo widzicie, w społecznym mniemaniu pies lub kot to zwierzę „poważne”. Takie, które przystoi ludziom dorosłym i nie jest kojarzone z infantylnością. Przyznanie się w mainstreamowym towarzystwie, że ma się dwa koty albo dwa psy nie wywoła zdziwionych spojrzeń (a jeśli są to zwierzaki rasowe, to pewnie i kilka pisków zachwytu odbiorą). Tymczasem gryzonie jednak kojarzone są z infantylnością. Bo przecież tylko dzieciom kupuje się świnki czy chomiki, a króliczki to doskonali towarzysze dla pensjonarek. Szczury mają trochę lepiej, bo je się zwykle kojarzy z nerdami. Więc przyznając się do hodowania szczurów dostaje się etykietkę nerda. Co jeszcze bardziej znamienne, zdaje się, że nawet organizacje pomagające zwierzętom dzielą je na równe i równiejsze – podczas zbiórki środków na pomoc kotom, zorganizowanej przez jedną z psio-kocich fundacji, jednym ze sposobów pozyskiwania funduszy miała być… licytacja króliczków miniaturowych (czyli nie kupuj, adoptuj, ale tylko psy i koty. Reszta nas nie obchodzi). Po podniesieniu rabanu w mediach społecznościowych z tego punktu zrezygnowano. Zbiórka co prawda miała formę „składkową”, jeśli dobrze pamiętam – każdy chętny darczyńca zgłaszał się ze swoim wkładem, ale jednak ktoś powinien kontrolować, co jest zgłaszane do licytacji i zareagować zanim wiadomość poszła w świat. Więc albo nikt nie pilnował zgłoszeń, albo wolontariusze uznali, ze ich koty są ważniejsze niż jakieś tam króliki… W odwrotną stronę raczej nic takiego nie mogłoby się zdarzyć.

Rozpieszczanie przez producentów

 
Cóż, jeśli ktoś mi nie wierzy, że producenci karm i akcesoriów dla zwierząt zdecydowanie poważniej traktują właścicieli psów i kotów niż właścicieli gryzoni, wystarczy pójść do pierwszego lepszego sklepu zoologicznego i porównać oba działy…

Dla równowagi powiem najpierw, że w sprawie akcesoriów robi się już coraz lepiej. Zabawki mamy znacznie bardziej różnorodne niż kołowrotek i kula dla chomika, domki wszelkich kolorów, kształtów i tworzyw, jakie kto chce, można dostać w każdym większym zoologu. Co prawda niewiele firm niewyspecjalizowanych produkuje materiałowe legowiska dla małych zwierząt, ale tę niszę skutecznie zapełniają bądź to małe firemki szyjące wyłącznie akcesoria dla gryzoni, bądź użytkownicy forów tematycznych, którzy szyjąc na zamówienie współforumowiczów trochę sobie dorabiają. Tak naprawdę to psiarzom i kociarzom zazdroszczę różnorodności karm.

Bo dla psów i kotów właściwie każda, nawet najniższej jakości karma ma warianty dla juniorów i seniorów, dla kastratów czy matek karmiących. Te z nieco wyższej półki mają też warianty dla poszczególnych ras czy trybów aktywności (inna karma dla psów aktywnych, inna dla domatorów – albo przynajmniej opisany inny sposób dawkowania). Że już o takich ekstrawagancjach jak karmy profilowane pod konkretne problemy zdrowotne nie wspomnę (ani o szerokim wachlarzu wszelakich suplementów diety). A to wszystko w szerokiej gamie smaków, tak więc jeśli pies lub kot za jakimś typem mięsa nie przepada czy ma alergię, to nie ma większego problemu z doborem czegoś odpowiedniego.


Tymczasem właściciele gryzoni muszą się zadowolić znacznie mniejszym wyborem. Co prawda możemy już wybrać między kilkunastoma, a nie kilkoma markami (co jest znacznym postępem), ale większość z nich oferuje tylko jeden wariant karmy. Oczywiście nie wszystkie „podziały” karm psich czy kocich da się (i jest sens) przenosić na gryzonie. Profilowanie pod rasy czy typy aktywności na przykład nie jest nikomu potrzebne. Ale profilowanie pod wiek mogłoby mieć sens. Tymczasem tylko dwie ze znanych mi firm produkuje karmy dla świnek morskich seniorów (tu to właściwie jedna) i juniorów. Jest też jedna linia karm profilowanych pod szczególne potrzeby (poprawiająca stan sierści, odporność czy wspomagająca trawienie). No i jedna linia wzbogacona specjalnie z myślą o samiczkach w ciąży i karmiących, ale można ją dostać tylko w dziesięciokilogramowych opakowaniach… A jeśli chodzi o różnicowanie składu, to mamy do wyboru właściwie tylko karmy zawierające zboża lub nie (można próbować jeszcze wyznaczyć podział na zawierające lucernę lub nie, ale nawet pokarmy głównie oparte na trawach często jakąś tam ilość lucerny zawierają).

Opieka lekarska


Znalezienie dobrego weterynarza w ogóle jest trudne. A im miejscowość mniejsza, tym trudniejsze. Także dla właścicieli psów i kotów często znalezienie sensownego lekarza dla ich pupili nastręcz sporo problemów. Ale…

…ale i tak pozostaje łatwiejsze niż znalezienie sensownego lekarza dla gryzoni. W małych i średnich miastach praktycznie w ogóle nie spotyka się wetów ze specjalizacją w zwierzętach egzotycznych, wszyscy się specjalizują w psach i kotach (rzadziej w zwierzętach gospodarskich). Poza tym zdarza się, że weterynarz od większych zwierząt zwyczajnie zignoruje opiekuna z mniejszym pacjentem (mają do tego tendencję zwłaszcza lekarze starej daty).

I ostatecznie, wiejski weterynarz z nawet najbardziej zapadłej wiochy raczej nie zabije nam przypadkiem psa czy kota, jeśli przyjedziemy do niego z urazem czy nagłym wypadkiem. Przy gryzoniach, zwłaszcza roślinożernych, nigdy nie ma tej pewności, a zgony po terapii u obcego weterynarza (nagły wypadek na wyjeździe na przykład) wcale nie są rzadkością.

Społeczność


Na koniec coś, co dla mnie jest bardzo istotne, choć być może nie wszystkich uwiera. Otóż psiarze (zwłaszcza oni, kociarze w mniejszym stopniu) mają bardzo żywą społeczność, zarówno w internecie, jak i w realu. Psia blogosfera jest na tyle bogata, że doczekała się własnego agregatora blogów. Imprezy, na których w centrum jest pies też organizuje się bardzo regularnie – zawody sportowe, zloty miłośników ras, wystawy czy zwyczajne pikniki czy biegi przełajowe z czworonogami przytrafiają się co roku nawet w niewielkich miastach.


Tymczasem sensowne blogi o gryzoniach mogę policzyć na palcach jednej ręki (nie wszystkie z nich są o świnkach morskich. Świnki to wręcz jeden z najmniej popularnych gatunków). Z portali tematycznych mamy tylko stronę SPŚM i CCP (poniekąd), a jedyne zloty miłośników to wystawy świnek morskich (i świnki są tu chyba i tak uprzywilejowane, bo na przykład wystaw chomików w Polsce się nie organizuje). Chciałabym, żeby było choć trochę bardziej po psiemu…

I nie, jeżeli sprawię sobie psa albo kota, ani moja zazdrość, ani wypunktowane problemy (bo na przykład ten z weterynarzami to jest realny problem) nie znikną przecież. Pozostaną. Dalej nie będzie miejsca, gdzie można przeczytać sensowne testy świńskich karm, podyskutować czy zwyczajnie spotkać innych miłośników świnek. I troszeczkę mnie to boli. Mam nadzieję, że powoli w tych aspektach będziemy się zbliżać do psio-kocich standardów.

4 komentarze:

  1. Cóż.. Często mam podobne odczucia. :( Mimo iż jestem właśnie zarówno psiarą jak i świniarą. <3

    W ogóle jestem aktualnie w trakcie szukania odpowiedzi na dość dziwne pytanie. Dlaczego moje świnki ostatniego wieczoru podczas jedzenia pomidora zamieniły się w najeżone kulki. Wyglądały jak naelektryzowane. Szczególnie świnka gładkowłosa wyglądała dziwacznie, bo jej sierść wyraźnie odstawała od ciała na całej powierzchni (nie tylko na karku). Dzisiaj przez chwilę też były takie napuszone. ; /

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znalazłam kiedyś informację, że to podobno z ekscytacji dobrym jedzeniem.;) Moje tak nie robią, zresztą po dwóch z trzech i tak nie byłoby widać.

      Usuń
    2. Heh.. Mam nadzieję, chociaż pierwszy raz u nich widziałam coś takiego. Na myśl mi przyszło jeszcze tylko, że może z zimna.. ; < Ale po ilości kocyków, jakie mają do dyspozycji, ta myśl dziwna szybko się oddaliła. ; D

      Usuń
    3. Świniaki się tak jeżą i wyglądają jak kulki właśnie gdy dobrze jedzą albo jak moja-gdy dobrze jej się śpi

      Usuń