czwartek, 20 października 2016

Wyprawka dla świnek - co, jak i za ile?

Właściwie nigdy nie chciałam pisać notki na ten temat – w internecie jest masa stronek informujących, co też trzeba kupić, zanim w naszym mieszkaniu pojawi się zwierzak. Nie czułam więc potrzeby edukowania ogółu, bo wielu już to robiło za mnie. Ale gugiel uporczywie odsyłał do mojego bloga ludzi wpisujących zapytania w stylu „wyprawka dla świnki morskiej”. Trochę głupio mi ich za każdym razem rozczarowywać.

Ale do rzeczy. Jak powszechnie wiadomo, sam zwierzak to najczęściej najtańszy element „wyprawki”, zwłaszcza w przypadku gryzoni (wyjątkiem są rasowe psy i koty, bo tu w cenie szczeniaka czy kociaka da się nie tylko nabyć wyprawkę, ale jeszcze roczny zapas karmy). Co niby się w takiej wyprawce powinno znajdować, to każdy przecież wie – klatka, micha i poidło. Schody zaczynają się w momencie, kiedy zaczynamy wnikać w szczegóły. Bo nagle okazuje się nie tylko, że te trzy rzeczy to dopiero początek, ale i że jest ich nieprzebrana ilość rodzajów. Spróbujmy więc to wszystko usystematyzować. 

1. Klatka


Pierwsza, najważniejsza i najdroższa rzecz. Nie mając klatki, nawet nie myślimy o pójściu o krok dalej (bo może się okazać, że nie tylko nie mamy po co, ale też i za co).

Klatka dla świnki powinna się składać z plastikowej kuwety i ścianek z metalowej kratki o dość szeroko rozstawionych prętach – to taka wersja podstawowa, mówimy o produktach komercyjnych. Samle, akwaria czy klatki typu diuna (z plastikowymi ściankami) nie nadają się dla świnek, bo słabo się wentylują i zwierzak może rozchorować się od nadmiaru amoniaku w powietrzu. Wyjątkiem, w którym ścianki mogą być lite, są klatki o bardzo dużej powierzchni – ale takich raczej nie spotyka się w sklepach. 


Poza materiałami, z jakich została zbudowana, ogromne znaczenie ma również rozmiar klatki. Dla dwóch świnek jest to 100 cm długości i tego się trzymajmy. Oczywiście im więcej świnek, tym większa klatka (przelicznik powierzchni: na pierwszą świnkę 0,3m2, na każdą kolejną dodatkowe 0,2m2). Nie ma co się czarować, że możemy kupić malutką klitkę, bo przecież będziemy zwierzaka codziennie wypuszczać. Może i będziemy, ale człowieka zwykle przez dziesięć godzin dziennie nie ma w domu, a kolejnych osiem przesypia i większość ludzi raczej w tym czasie nie pozwala gryzoniom biegać samopas po mieszkaniu. I co komu po kilku godzinach wybiegu, jeśli przez resztę dnia musi się gnieździć w klitce?

Najtańsze klatki można kupić już za ok. 100 zł na Allegro (a jeśli ktoś zdecyduje się polować na używaną, to czasem trafi się coś sensownego jeszcze taniej). Są to produkty marki Pyko lub PPI cóż, ich jakość jest adekwatna do ceny – można ich spokojnie używać (zazwyczaj) ale na wrażenia estetyczne czy szczególną wytrzymałość nie ma co liczyć. Sama używam (i polecam) klatki firmy Ferplast, szczególnie modele rabbit i casita. Są one dwukrotnie droższe od najtańszej opcji, ale w kwestii wykonania i użytych materiałów nie mogę się do niczego przyczepić. Ich zaletą jest to, że mają otwierany dach (choć w przypadku rabbit nie mam pewności. Starsze modele miały na pewno, nowsze chyba nie), co w przypadku większych klatek (120 i 140cm) niewyobrażalnie ułatwia sprzątanie. Nie trzeba się czołgać po podłodze, żeby wymiatać boby z dalszych kątów. Górny limit kwoty przeznaczonej na klatkę w zasadzie nie istnieje. Można też wykonać zagrodę samemu z jakiegoś starego mebla czy innych materiałów, ale wtedy może się okazać, że oszczędność jest pozorna.;)

2. Paśnik


Tu miał być wstęp o tym, że paśnik jest konieczny, bo siano to najważniejszy składnik świńskiej diety, ale to tak oczywiste, że od razu przejdę do rzeczy. 


Niektóre modele klatek mają paśniki w gratisie – sama mam właśnie taki, zewnętrzny, z jednolitego plastiku, choć bywają i z metalowych prętów, i z drewna. Wybór modelu zależy tylko od preferencji właściciela i świnek. Jeśli nie chcemy, żeby gryzonie zalegały nam w paśniku, lepiej wybrać zewnętrzny. Z drugiej strony, dla niektórych świnek odstępy między prętami klatki są za wąskie, żeby swobodnie wybierać spomiędzy nich siano i takie potrzebują paśnika wewnętrznego lub wolnostojącego (paśników kul nie polecam).

W zależności od wielkości paśnika, jego rodzaju (przyczepiany do klatki czy wolnostojący) oraz materiału, z jakiego został wykonany, koszt zakupu waha się od kilku do kilkudziesięciu złotych. Można też zrobić go z pudełka po lodach, zupełnie za darmo.

3. Miski


Tak jak i paśniki, miski występują w różnych rodzajach, kolorach i rozmiarach oraz wykonywane są z różnych tworzyw. Idealna pojemność miseczki dla świnek to 250-300ml i zasadniczo powinno ich być tyle, ile świnek, bo w przeciwnym razie ktoś może zostać niedopuszczony do jedzenia. 


Miseczki mogą być ceramiczne, plastikowe lub metalowe. Osobiście używam ceramicznych i polecam każdemu. Są ciężkie (uwaga: zastawę dla gryzoni produkuje się z dwóch rodzajów ceramiki – cięższej i lżejszej. Przed zakupem polecam „zmacać” gdzieś towar, bo lżejsza ceramika kompletnie się nie sprawdza, przynajmniej u mnie) i stabilne, więc zwierzęciu trudno je przewrócić. Plastikowe miseczki też potrafią być stabilne, ale wtedy muszą mieć szeroką podstawę, co sprawia, że zajmują znacznie więcej miejsca (a zdeterminowany zwierzak i tak potrafi je wywrócić). Przy czym świnki potrafią plastikowe miski ogryzać, a przy ceramicznych nie ma takiej opcji. Metalowych miseczek nie używałam.

Sama mam trzy mniejsze miski na suchą karmę (po jednej na łepka) i jedną dużą na zielonkę, którą moje dziewczyny o dziwo jedzą dość zgodnie. Cena dobrej miseczki to kilkanaście złotych (ale można też zabrać babci popielniczkę z kryształu, o ile was za to nie pogoni;)), większe są oczywiście odpowiednio droższe.

4. Poidło


Świnki potrzebują stałego dostępu do wody. Niektórzy wystawiają im ją w miseczce, ja jednak polecam poidło – trudniej wylać i zanieczyścić picie. Odpowiednie będzie takie o pojemności pół litra – 300ml może się okazać zbyt małe.

Pojników też mamy różne rodzaje. Najpopularniejsze są kulkowe, czyli zakończone kulką w rurce, którą to kulkę świnka musi nacisnąć, aby woda poleciała. Mogą być wykonane ze szkła lub plastiku. Są też poidła automatyczne, czyli takie, z których woda wydostaje się po naciśnięciu przez zwierzę specjalnego pypcia na sprężynie. Poidła automatyczne są znacznie odporniejsze na świńskie niszczycielskie zapędy, dłużej też nie przeciekają, jednak wymagają od zwierząt większego wysiłku przy piciu a nie każda świnka jest w stanie to zaakceptować.

Koszt poidełka o pojemności od 450ml w górę to od kilku do kilkunastu złotych.

5. Domek


Tym ogólnym mianem pozwoliłam sobie określić wszelkiego rodzaju schronienia, jakie możemy świnkom zainstalować w klatce. Bo jakieś powinny mieć i to najlepiej każda świnka własny. Niestety, domki-półeczki dodawane gratis do klatek słabo się sprawdzają – sprzątanie pod nimi to koszmar.

Domek może być z materiału, drewna lub tworzywa sztucznego. Osobiście polecam dwa pierwsze, bo w przeciwieństwie do plastikowych trzymają ciepło. Za to plastikowy łatwiej się myje, ale z drugiej strony drewniany może służyć za naturalny gryzak… Jak to mówią, wszystkie mają swoje zady i walety. Fajnie też, jakby miały płaski dach, świnki lubią na takich leżeć.

Ceny domków mają sporą rozpiętość – od kilkunastu złotych za plastikowe, przez ok. 30 zł za materiałowe i proste drewniane, po 50 zł i więcej za większe drewniane konstrukcje z bajerami. Jako schronienie można też wykorzystać rurkę PCV o dużej średnicy lub zwykłe kartonowe pudełko (ale przy tym ostatnim trzeba liczyć się z tym, że raczej prędzej niż później zostanie zjedzone. Dlatego polecam te z surowej tektury, bez kolorowych nadruków).

6. Ściółka


O różnych rodzajach ściółki możnaby napisać opracowanie przynajmniej na jeden tom (a już z pewnością cykl notek), więc ograniczę się do konkretu. W zależności od tego, jaki rodzaj ściółki wybierzemy, koszty będą różne. Opakowanie trocin kosztuje kilka złotych, ale starczy nam na jedną zmianę i za kilka dni trzeba będzie kupić kolejne. Żwirek drewniany kosztuje ok. 20 zł (za opakowanie wystarczające do wypełnienie kuwety klatki 100cm), ale wymienia się go raz w tygodniu. I w tym wypadku trzeba jeszcze doliczyć sobie kilkanaście złotych za matę łazienkową (a właściwie dwa razy po kilkanaście, bo trzeba mieć komplet na wymianę). Albo kilkadziesiąt, jeśli zdecydujemy się na dry-bed. Koszt (jednak zawsze trochę wyższy niż trociny) zrekumpensuje nam wtedy rzadsze wymienianie ściółki. Można też użyć zamiast pelletu roślinnych żwirków zbrylających (w żadnym wypadku NIE bentonitowych albo silikonowych! Świnka może je zjeść i śmiertelnie zatkać sobie jelita!). Jest to zdecydowanie opcja najdroższa, ale niektórzy twierdzą, że najwygodniejsza i dość wydajna.

Przy wyliczaniu kosztów warto też pamiętać, że im większe opakowanie kupujemy, tym niższa cena za kilogram/litr ściółki.

7. Karma


O tym, jak wybrać dobrą karmę, już kiedyś pisałam. Tutaj dodam tylko, że warto dopytać, co świnka jadła, zanim do nas trafiła. Jeśli była to jakaś przyzwoita karma, można ją będzie kupić i podawać w domu. A jeżeli nie, przynajmniej będzie można rozpocząć przestawianie na coś lepszego (generalnie jeśli świnka była żywiona niezalecaną mieszanką zbożową, łatwiej ją przestawić na coś sensownego serwując karmę o mieszanym składzie niż jednolity pellet).

Oczywiście koszty wyprawki można sobie jakoś zminimalizować. Kupić używaną klatkę lub zrobić ją samemu tanim kosztem, wykorzystać od lat nieużywane popielniczki jako miseczki czy wyciąć domek z pniaka własnymi siłami. Można je też powiększyć, bo rzeczy, które tu wymieniłam, to tylko te niezbędne - ilość gadżetów niekoniecznie niezbędnych jest oszołamiająca i na kolejne hamaczki, tuneliki, kojce i zabawki można wydać krocie. Ale koszty „na start” zawsze będą stosunkowo duże, o ile chcemy zapewnić zwierzakowi odpowiednie warunki. Większe będą najwyżej koszty leczenia, jeśli kiedyś zachoruje.

środa, 12 października 2016

Świnki, o których marzę

Mam plan wygrać kiedyś w totka. Kiedy (nie "jeśli", tylko "kiedy", pozytywne myślenie to wszakże pewna droga do sukcesu) wygram, będę mogła wreszcie zbudować dom na tyle duży, żeby pomieścił wszystkie świnki, jakie mi się marzą.

Bo wiadomo: wszystkie prosiaki są śliczne i zasługują na domek, ale nie oszukujmy się: każdy z nas ma jakieś swoje estetyczne preferencje, każdemu z rożnych powodów jedne świnki podobają się bardziej od innych. Niestety, mieszkania nie są z gumy i nie pomieszczą wszystkich klatek, jakie chcielibyśmy w nich postawić. Za to internet jest nieskończony, więc mogę w nim zamieścić listę świnek, które mnie absolutnie zachwycają. I które mam zamiar sukcesywnie dołączać do stada, w miarę możliwości i warunków lokalowych (no, chyba, że w mój misterny plan wkradną się jakieś biedne, potrzebujące zmienne).

Kiedyś złapię je wszystkie.

1. Aguti
Trzeba przyznać, że świnki o kolorze identycznym z naturalnym mają nieodparty urok (przynajmniej dla mnie, ale gdzie by się nie wrzuciło zdjęcia zwierzaka o umaszczeniu silver agouti, zaraz podniosą się pienia zachwytu, więc chyba osamotniona nie jestem). Kiedyś moim absolutnym obiektem uwielbienia były srebrne agutki, ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że zniszczyłby mi taki osobnik starannie (ha ha) dobieraną (ha ha) paletę barw moich domowych ulubieńców. Od tej pory znacznie łaskawszym okiem patrzę na inne odmiany tego ubarwienia. Choć silverki ciągle uważam za przepiękne.

2. CUY
Uwielbiam duże zwierzęta. Gdybym miała kota, marzyłabym o Maine Coon, z psów najbardziej podobają mi się te duże i kudłate. Nic więc dziwnego, że duże świnki również budzą mój nieustający zachwyt. Bo w końcu: jeśli można mieć więcej do kochania bez uszczerbku na zwierzęciu, to czemu nie? Oraz duże jest piękne.:)

3. CH Teddy
Świnki puchate podobały mi się od zawsze (to znaczy, od kiedy właściwie dowiedziałam się o ich istnieniu). Między innymi dlatego mam Momo i Appę. W pewnym momencie dowiedziałam się, że jednak istnieją świnki puchatsze, niż Appa i Momo, czyli rasy CH Teddy właśnie. I podobno w przeciwieństwie do moich dziewczynek, mają futerko mięciutkie w dotyku. No sama słodycz, jak tu się nimi nie zachwycać? Niestety, hodowle tej rasy, jak na złość, znajdują się setki kilometrów od miejsca, z którego piszę tę notkę (patrzcie, jak to poetycko brzmi;)), a ja nie miałabym serca przesyłać zwierzaka przez całą Polskę (albo pół, jeśli o to chodzi).

4. Skinny
Przyznam, że dopóki nie miałam okazji pogłaskać łysej świnki osobiście, nie wiedziałam, czym się ludzie zachwycają. Ale one mają taką milutką, miękką i ciepłą skórę, że zakochałam się przez dotyk. Gdybym miała łysą świnkę, miziałabym ją cały czas (i nazwała ją Zgredek. Albo Picard, jeśli jakimś cudem byłby to samiec)

5. California
Ciemne noski wydają mi się urocze - zwłaszcza, kiedy osadzone są na jaśniejszych pyszczkach.:) Oczywiście odmiana himalaya, gdzie za czarnymi noskami pyszczki są białe też ma nieodparty urok, jednak... Cóż, nieodmiennie kradną mi serca prosiaki o złoto-czekoladowych odcieniach. To bardzo mało jeszcze popularna odmiana, ale nieodmiennie mam nadzieję, że kiedyś zawita i w moim domu (a żeby było zabawniej, to rejestrowana hodowla jest całkiem niedaleko).

Oczywiście nie jestem wybredna, nie miałabym nic przeciwko, gdyby jedna świnka łączyła w sobie kilka z tych pięciu punktów - piękna cuyowa dziewczynka, jeszcze z koronką na czole albo CH Teddy o umaszczeniu california - marzenie... A jak wiadomo, marzyć można. No to sobie pomarzyliśmy, a teraz wracam miziać zawartość mojej klatki.

środa, 5 października 2016

[Recenzja] Versele Laga Cavia Complete

Właściwie miałam nie recenzować na początku dwóch najbardziej znanych produktów firmy Versele Laga. W końcu to evergreeny, każdy zna, każdy widział i każdy wie, o co chodzi. Ale potem doszłam do wniosku, że właściwie czemu nie.

Cavia Complete jest polecana jako bardzo dobra karma podstawowa klasy premium na wszystkich forach i grupach poświęconych świnkom morskim. Występuje w trzech rodzajach opakowań - 0,5kg, 1,75kg i 8kg. Dostępność tej karmy jest bardzo szeroka, można ją dostać w praktycznie każdym sklepie zoologicznym w sieci i w wielu stacjonarnych. Jak wiadomo cena kilograma karmy zależy nie tylko od sklepu, ale też od tego, jak duże opakowanie się kupuje. U mnie wychodzi 19,98 zł za 1kg (i szczerze mówiąc, przy zakupie opakowania średniego raczej taniej się nie dostanie).

Pierwsze wrażenie


Na początku zaznaczę, że miałam tylko dwa mniejsze opakowania karmy (0,5kg i 1,75kg czyli przyjmijmy, że małe i średnie), więc nie wiem, jakie pierwsze wrażenie mogłoby na mnie wywrzeć ośmiokilogramowe. Niemniej, dość zaskakujący okazał się fakt że opakowanie małe i średnie różni się nie tylko wielkością.

Z przodu woreczek 0,5 kg, z tyłu 1,75kg
Karma jest pakowana w solidne foliowe worki z zamknięciem strunowym. Co jest wielkim plusem, bo z jednej strony zabezpiecza ją od wilgoci i owadów czy grzybów, a z drugiej ułatwia przechowywanie. Za to bardzo nielogiczny wydaje mi się fakt, że mniejsze opakowania są wykonane znacznie solidniej. W końcu mniejsza ilość karmy zużyje się szybciej, nie trzeba jej zabezpieczać na tak długo, jak średniego worka.

Małe woreczki wykonane są z wielowarstwowej folii, zabezpieczonej warstwą "sreberka" (najprawdopodobniej folii aluminiowej). Na zgrzewie opakowania mają wyraźne wcięcie, ułatwiające oderwanie góry i bezproblemowe otwarcie paczki. Samo zamknięcie strunowe również jest szczelne i bardzo solidne - nie zdarzyło mi się jeszcze go oderwać.

Średnie opakowania są wykonane z folii jednowarstwowej. Nie mają żadnych udogodnień, ułatwiających otwarcie - śmiem wręcz twierdzić, że próba rozpieczętowania worka bez użycia ostrego narzędzia skończy się uszkodzeniem zapięcia strunowego. Które też najwyższej jakości nie jest - po tygodniu, góra dwóch odkształca się tak, że bez sumiennego pasowania nie da się go szczelnie zamknąć. Dlatego doradzam przesypanie karmy do jakiegoś wygodniejszego opakowania.

Granulki


Cavia Complete jest karmą ekstrudowaną, co oznacza, że wszelkie składniki sprasowano do postaci jednorodnych granulek. Może nie wygląda to szczególnie naturalnie, ale przynajmniej sprawia, ze zwierzaki nie wybierają smaczniejszych kąsków.


Tutaj granulki mają postać pałeczek o długości około 2 cm i średnicy 0,5 cm. Niby takie same, ale jednak różnią się nieco kolorem - część jest zielonkawa, reszta brązowa. Są dość kruche - bez problemu można je złamać w palcach. Natomiast widać w nich fragmenty roślin i choć długie włókna nie są aż tak widoczne, jak na zdjęciach producenta, to na pierwszy rzut oka widać że rzeczywiście do produkcji karmy wykorzystano jakieś rośliny.

Zapach karmy jest neutralny i niezbyt silny. Najbardziej czuć w nim... czarny bez.

Skład


Zacznijmy może tradycyjnie od składu analitycznego.


Skład analityczny wygląda bardzo dobrze. Odpowiedni procent białka, mało tłuszczu, za to bardzo dużo włókna (20% to już jest naprawdę wysoki wynik, a jak wiadomo, im wyższy, tym lepszy). Jedynie stosunek wapnia do fosforu nieco zbyt niski, bo wychodzi 1,3:1. Powinno być trochę więcej wapnia (albo trochę mniej fosforu).

No dobrze, skład analityczny wygląda bardzo obiecująco, a jak sprawa się ma ze składem bardziej szczegółowym?


Szczerze mówiąc, nie przekonuje mnie fraza "produkty pochodzenia roślinnego". Co prawda nie zawierają się w niej ziarna zbóż (w innym miejscu opakowania znajdziemy informację, że karma jest bezzbożowa), ale informację w nawiasie można odczytać dwojako. Czy 7% to tymotka, trawy i zioła łącznie, czy 7% to tymotka, a resztę produktów pochodzenia roślinnego stanowią trawy i zioła? Jeśli to pierwsze, to czym są pozostałe produkty pochodzenia roślinnego? A jeśli to drugie, to ile ich łącznie jest w masie karmy? Niestety, tych informacji na opakowaniu nie ma. Podobnie z "roślinnymi ekstraktami białkowymi" - choć tu mam wrażenie, że chodzi o jakieś produkty uzyskiwane z roślin strączkowych.

Reszta składu nie budzi zastrzeżeń. 4% owoców czarnego bzu to całkiem sporo, karma zawiera też bardzo wysoką dawkę witaminy C. Minerały i dodatki witaminowe są zresztą bardzo szczegółowo rozpisane.

Ogólnie skład, poza pewnymi zastrzeżeniami odnośnie przejżystości, jest dobry. Karma nie zawiera żadnych elementów, które nie powinny się znaleźć w pokarmie świnki morskiej. Choć można było to wszystko rozpisać bardziej zrozumiale. Przecież producent nie ma nic do ukrycia, prawda?

Smakowitość

To jest dość skomplikowany temat, przynajmniej u mnie. Dlatego na początek może wspomnie ogólnie, na podstawie. Cavia Complete zwykle świnkom smakuje, choć niektóre muszą się do niej dłuższy czas przekonywać.

Moje dziewczyny zaś bardzo długo nie chciały jej jeść. Pierwsza próba przestawienia ich zakończyła się dosłownie olaniem karmy. Później była po prostu ignorowana, więc zrezygnowałam z prób przestawienia jej na pona pół roku.  Po czym okazało się, że karma jest całkiem znośna, choć z miski znika jako druga (po Cavii Nature. O niej też kiedyś napiszę).

Podsumowanie


Cavia Complete to bardzo dobra karma, zasługująca na miejsce na półce premium. Co prawda skład mógłby być rozpisany bardziej przyjaźnie dla konsumenta, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Zastanawiam się nad całkowitym przerzuceniem się na tę karmę (no dobra, pewnie i tak będę z czymś mieszać, ale chodzi mi o pokarm bazowy).

Plusy
+ bardzo dobry skład
+ szczelne opakowanie
+ zwykle uznawana za smaczną (choć czasem nie od razu)
+ łatwa dostępność

Minusy
- dość wysoka cena

środa, 28 września 2016

[Z życia chlewika] Skuld skończyła rok

W sobotę minął rok, odkąd na świat przyszła nasza kochana Skuld. Urodziła się w jednym z domów tymczasowych SPŚM, jako jedna z dwójki rodzeństwa i praktycznie od razu podbiła serce Lubego (jej brat, Fistaszek niestety nie miał tyle szczęścia i ciągle przebywa w DT z kolegą Arrowem. Tak że jak ktoś poszukuje duetu świnkowych panów, to polecam - tutaj wszystkie niezbędne (i zbędne też) informacje o chłopakach). Wtedy jeszcze miała na imię Haruko.

Oczywiście, jak to na urodzinach, był (papryko) tort i impreza.

Tort w pełnej okazałości, z różową świeczką dla dziewczynki. ;)

Ale taki cały dla mnie?

Nom, nom... dobry.

Te, solenizantka, a gości nie poczęstujesz?

A ty człowiek co się gapisz?
W ciągu roku Skuld trochę przeszła. Głównie na początku swojego pobytu u nas, kiedy okazało się, że mała ma problemy z oczkiem. Ostatecznie skończyło się na operacji w sąsiednim mieście. Jechała tam z Lubym i to przypieczętowało ich więź. Bo Skuld to tak naprawdę świnka Lubego. Mnie aż tak nie lubi.

Całkiem dorodnie nam wyrosła kulka. I ciągle jest ciekawskim eksploratorem, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. I nadwornym gruchaczem oraz śpiewakiem operowym na nocnej zmianie (choć to żadko i jakoś tak nieśmiało). Sto lat maleńka!:)

A tak się przez rok zmieniła:

Skuld miesięczna.:)
Skuld roczna :)

środa, 21 września 2016

Czego zazdroszczę psiarzom i kociarzom jako właścicielka gryzoni

Na Facebooku czasem zdarza mi się, pół żartem, pół serio, narzekać na dyskryminację właścicieli świnek morskich (czy może ogólnie – drobnych ssaków) względem właścicieli psów i kotów. Cóż, dyskryminacja dyskryminacją, na poważnie raczej tak mocnych słów bym nie użyła, jednak każdy zwierzolub, który siedzi w zwierzolubnym internecie zauważy, że między środowiskiem psio-kocim a środowiskiem gryzoniowym (pozwólcie, że będę używała tego określenia dla środowiska właścicieli małych ssaków, także królików, jeży czy fretek. Choć co do fretek, to sama nie wiem, do której grupy właścicieli im bliżej) istnieją pewne rzucające się w oczy różnice. Krótko mówiąc – psiarze (i kociarze) mogą i mają więcej. Zazdroszczę im. W kilku punktach różnych rzeczy im zazdroszczę.
 

Szacun na dzielni


Nie oszukujmy się, Polska jest krajem, gdzie każdy może oberwać uwagą, że głupi, bo się jakimiś durnymi zwierzętami przejmuje, a warunki utrzymania wychodzące poza pełną michę i minimalnej wielkości posłanie są uważane za fanaberię. Niemniej śmiem twierdzić, że ludzie mający psy i koty takimi tekstami obrywają rzadziej.

Wpis ilustrują losowe zdjęcia moich świnek. Bo tak.
Bo widzicie, w społecznym mniemaniu pies lub kot to zwierzę „poważne”. Takie, które przystoi ludziom dorosłym i nie jest kojarzone z infantylnością. Przyznanie się w mainstreamowym towarzystwie, że ma się dwa koty albo dwa psy nie wywoła zdziwionych spojrzeń (a jeśli są to zwierzaki rasowe, to pewnie i kilka pisków zachwytu odbiorą). Tymczasem gryzonie jednak kojarzone są z infantylnością. Bo przecież tylko dzieciom kupuje się świnki czy chomiki, a króliczki to doskonali towarzysze dla pensjonarek. Szczury mają trochę lepiej, bo je się zwykle kojarzy z nerdami. Więc przyznając się do hodowania szczurów dostaje się etykietkę nerda. Co jeszcze bardziej znamienne, zdaje się, że nawet organizacje pomagające zwierzętom dzielą je na równe i równiejsze – podczas zbiórki środków na pomoc kotom, zorganizowanej przez jedną z psio-kocich fundacji, jednym ze sposobów pozyskiwania funduszy miała być… licytacja króliczków miniaturowych (czyli nie kupuj, adoptuj, ale tylko psy i koty. Reszta nas nie obchodzi). Po podniesieniu rabanu w mediach społecznościowych z tego punktu zrezygnowano. Zbiórka co prawda miała formę „składkową”, jeśli dobrze pamiętam – każdy chętny darczyńca zgłaszał się ze swoim wkładem, ale jednak ktoś powinien kontrolować, co jest zgłaszane do licytacji i zareagować zanim wiadomość poszła w świat. Więc albo nikt nie pilnował zgłoszeń, albo wolontariusze uznali, ze ich koty są ważniejsze niż jakieś tam króliki… W odwrotną stronę raczej nic takiego nie mogłoby się zdarzyć.

Rozpieszczanie przez producentów

 
Cóż, jeśli ktoś mi nie wierzy, że producenci karm i akcesoriów dla zwierząt zdecydowanie poważniej traktują właścicieli psów i kotów niż właścicieli gryzoni, wystarczy pójść do pierwszego lepszego sklepu zoologicznego i porównać oba działy…

Dla równowagi powiem najpierw, że w sprawie akcesoriów robi się już coraz lepiej. Zabawki mamy znacznie bardziej różnorodne niż kołowrotek i kula dla chomika, domki wszelkich kolorów, kształtów i tworzyw, jakie kto chce, można dostać w każdym większym zoologu. Co prawda niewiele firm niewyspecjalizowanych produkuje materiałowe legowiska dla małych zwierząt, ale tę niszę skutecznie zapełniają bądź to małe firemki szyjące wyłącznie akcesoria dla gryzoni, bądź użytkownicy forów tematycznych, którzy szyjąc na zamówienie współforumowiczów trochę sobie dorabiają. Tak naprawdę to psiarzom i kociarzom zazdroszczę różnorodności karm.

Bo dla psów i kotów właściwie każda, nawet najniższej jakości karma ma warianty dla juniorów i seniorów, dla kastratów czy matek karmiących. Te z nieco wyższej półki mają też warianty dla poszczególnych ras czy trybów aktywności (inna karma dla psów aktywnych, inna dla domatorów – albo przynajmniej opisany inny sposób dawkowania). Że już o takich ekstrawagancjach jak karmy profilowane pod konkretne problemy zdrowotne nie wspomnę (ani o szerokim wachlarzu wszelakich suplementów diety). A to wszystko w szerokiej gamie smaków, tak więc jeśli pies lub kot za jakimś typem mięsa nie przepada czy ma alergię, to nie ma większego problemu z doborem czegoś odpowiedniego.


Tymczasem właściciele gryzoni muszą się zadowolić znacznie mniejszym wyborem. Co prawda możemy już wybrać między kilkunastoma, a nie kilkoma markami (co jest znacznym postępem), ale większość z nich oferuje tylko jeden wariant karmy. Oczywiście nie wszystkie „podziały” karm psich czy kocich da się (i jest sens) przenosić na gryzonie. Profilowanie pod rasy czy typy aktywności na przykład nie jest nikomu potrzebne. Ale profilowanie pod wiek mogłoby mieć sens. Tymczasem tylko dwie ze znanych mi firm produkuje karmy dla świnek morskich seniorów (tu to właściwie jedna) i juniorów. Jest też jedna linia karm profilowanych pod szczególne potrzeby (poprawiająca stan sierści, odporność czy wspomagająca trawienie). No i jedna linia wzbogacona specjalnie z myślą o samiczkach w ciąży i karmiących, ale można ją dostać tylko w dziesięciokilogramowych opakowaniach… A jeśli chodzi o różnicowanie składu, to mamy do wyboru właściwie tylko karmy zawierające zboża lub nie (można próbować jeszcze wyznaczyć podział na zawierające lucernę lub nie, ale nawet pokarmy głównie oparte na trawach często jakąś tam ilość lucerny zawierają).

Opieka lekarska


Znalezienie dobrego weterynarza w ogóle jest trudne. A im miejscowość mniejsza, tym trudniejsze. Także dla właścicieli psów i kotów często znalezienie sensownego lekarza dla ich pupili nastręcz sporo problemów. Ale…

…ale i tak pozostaje łatwiejsze niż znalezienie sensownego lekarza dla gryzoni. W małych i średnich miastach praktycznie w ogóle nie spotyka się wetów ze specjalizacją w zwierzętach egzotycznych, wszyscy się specjalizują w psach i kotach (rzadziej w zwierzętach gospodarskich). Poza tym zdarza się, że weterynarz od większych zwierząt zwyczajnie zignoruje opiekuna z mniejszym pacjentem (mają do tego tendencję zwłaszcza lekarze starej daty).

I ostatecznie, wiejski weterynarz z nawet najbardziej zapadłej wiochy raczej nie zabije nam przypadkiem psa czy kota, jeśli przyjedziemy do niego z urazem czy nagłym wypadkiem. Przy gryzoniach, zwłaszcza roślinożernych, nigdy nie ma tej pewności, a zgony po terapii u obcego weterynarza (nagły wypadek na wyjeździe na przykład) wcale nie są rzadkością.

Społeczność


Na koniec coś, co dla mnie jest bardzo istotne, choć być może nie wszystkich uwiera. Otóż psiarze (zwłaszcza oni, kociarze w mniejszym stopniu) mają bardzo żywą społeczność, zarówno w internecie, jak i w realu. Psia blogosfera jest na tyle bogata, że doczekała się własnego agregatora blogów. Imprezy, na których w centrum jest pies też organizuje się bardzo regularnie – zawody sportowe, zloty miłośników ras, wystawy czy zwyczajne pikniki czy biegi przełajowe z czworonogami przytrafiają się co roku nawet w niewielkich miastach.


Tymczasem sensowne blogi o gryzoniach mogę policzyć na palcach jednej ręki (nie wszystkie z nich są o świnkach morskich. Świnki to wręcz jeden z najmniej popularnych gatunków). Z portali tematycznych mamy tylko stronę SPŚM i CCP (poniekąd), a jedyne zloty miłośników to wystawy świnek morskich (i świnki są tu chyba i tak uprzywilejowane, bo na przykład wystaw chomików w Polsce się nie organizuje). Chciałabym, żeby było choć trochę bardziej po psiemu…

I nie, jeżeli sprawię sobie psa albo kota, ani moja zazdrość, ani wypunktowane problemy (bo na przykład ten z weterynarzami to jest realny problem) nie znikną przecież. Pozostaną. Dalej nie będzie miejsca, gdzie można przeczytać sensowne testy świńskich karm, podyskutować czy zwyczajnie spotkać innych miłośników świnek. I troszeczkę mnie to boli. Mam nadzieję, że powoli w tych aspektach będziemy się zbliżać do psio-kocich standardów.

środa, 14 września 2016

[Recenzja] Natural Vit Spichlerz Gryzonia: świnka morska

W środowisku miłośników gryzoni często i namiętnie odradza się początkującym właścicielom tanie karmy, jako często niedostosowane do potrzeb małych podopiecznych. Ale czy słusznie? Postanowiłam sama się o tym przekonać. A za przykład posłuży mi pełnoporcjowa karma dla świnki morskiej Natural Vit Spichlerz Gryzonia.

Karma ta występuje wyłącznie w opakowaniach 0,5kg (a przynajmniej żadnych innych nie udało mi się znaleźć). Cena za opakowanie w sklepie stacjonarnym wynosi ok. 3,40 zł, w internecie można ją dostać nawet o  złotówkę taniej.

Pierwsze wrażenie


Opakowanie niestety nie jest najlepszej jakości - to zwykłe kartonowe pudełko, jak dla proszku do prania. W środku nie jest niczym powleczone dla ochrony przed wilgocią, nie ma też dodatkowego foliowego worka. Jak wiadomo, papier przed wilgocią nie chroni ani też nie jest szczególnie odporny na uszkodzenia, więc w wypadku niewłaściwego przechowywania w sklepie lub hurtowni może nam się trafić karma zepsuta albo z dodatkowymi lokatorami (gwoli ścisłości - w moim opakowaniu akurat ich nie było).


Z plusów - opakowanie jest bardzo przejrzyście rozplanowane. Podoba mi się też opis sposobu dawkowania. Producent mianowicie zaleca podanie trzech łyżek karmy dziennie (zakładam, że stołowych). To bardzo fajne i zrozumiałe dla każdego, bo nie oszukujmy się - niewielu właścicieli gryzoni potrafi na oko określić, ile to jest 30g, a odważać codziennie mało komu się chce (no i producenci karm dla gryzoni nie rozpieszczają swoich klientów jak ci od psów i kotów - nie ma dedykowanych dla każdej marki miarek gratis).

Skład


Zacznijmy może od składu analitycznego, który prezentuje się następująco:


Przyznam, że nie jest źle. Wszystkie główne składniki analityczne występują w normie, jedynie tłuszczu jest nieco za dużo. Można się przyczepić tylko do braku informacji o wilgotności karmy.

No dobrze, ale skład analityczny to nie wszystko (opiera się w końcu na wartościach uśrednionych, a uśredniając wartości to ja i Appa mamy po trzy nogi). Weźmy pod lupę bardziej szczegółowy opis.


Tu już tak fajnie nie jest. Trzy pierwsze miejsca w składzie zajmują zboża w stanie surowym, czyli coś, czego świnki jeść nie powinny. A fakt, że są pierwsze na liście oznacza, że procentowo w masie produktu jest ich najwięcej. Znacznie dalej na liście mamy czwarte zboże - owies. 

Poza tym mamy jeszcze tajemnicze "chrupki ekstrudowane". Cóż to może być? Hm, inne pozycje składu mogą nam to podpowiedzieć. Ponieważ ekstrudat z pszenicy i mączka z trawy są wyszczególnione osobno, z pewnością nie o nie chodzi. Ale dalej mamy jeszcze drożdże i mleko w proszku. Jestem podejrzliwa i taka kombinacja składników każe mi przypuszczać, że te chrupki to tak naprawdę wyroby piekarnicze. A ani tego, ani mleka, ani drożdży świnki morskie jeść nie powinny.

Za to chwali się producentowi bardzo szczegółowe rozpisanie składników mineralnych (ogólnie podany skład jest bardzo szczegółowy jak na karmę z niższej półki. Nawet producenci karm premium często aż tak się nie wysilają). Niestety, jeśli chodzi o mikroelementy, to opisu najważniejszych brak - nie znamy stosunku wapnia do fosforu.

A jak ten opis wygląda w realu?


Przyznam, że spodziewałam się, że będzie gorzej. Zboża co prawda jest dużo (czyli karma bardzo tucząca przy zmniejszonych wartościach odżywczych), ale ziołowych łodyg i gałązek drzew i krzewów (czasem też słoma się trafi) też jest całkiem sporo. Tylko te wściekle kolorowe (zdjęcie nie oddaje intensywności barw) chrupki psują obraz.

Przy okazji chrupek, ciekawie wygląda kwestia barwników spożywczych. Patrząc na listę składników, nie widzimy punktu "barwniki", ale gołym okiem widać, że okrągłe chrupki musiały być czymś podkolorowane. No więc barwniki w składzie są, ale... wypisane z nazwy, każdy osobno. I tak podejrzewam, że za żółtą barwę chrupek odpowiada witamina B2. Nie udało mi się zidentyfikować zielonego barwnika.

Przyjrzyjmy się składnikom osobno:

(zdjęcie można powiększyć kliknięciem)
Gdyby ktoś chciała poprawić moje rozpoznanie, jestem otwarta na sugestie.
(przyznam, że nie rozgrzebywałam całego pudełka w celu znalezienia wszystkiego, co wymieniono na opakowaniu, więc brakuje ziaren owsa)

Pomijając rzeczy niewiadomego pochodzenia (zielone płaskie dropsy nazwałam płatkami kukurydzianymi, bo są tam fragmenty ziaren kukurydzy, ale szczerze mówiąc, nie jestem przekonana), składniki są raczej dobrej jakości. Szkoda, że z ziół zostały same łodyżki, ale nawet jeśli były tam kiedyś liście, to w takim granulacie zawsze zamienią się w pył. Oraz że części z tych składników w ogóle nie powinno być w karmie dla świnek morskich.

Smakowitość


Przyznam, że nie wiem. Nie podałam tego swoim świnkom. Jeszcze by zasmakowały w niezdrowym żarciu.

Podsumowanie


Natural Vit Spichlerz Gryzonia jest z pewnością lepszą z gorszych karm. Stoi o szczebelek wyżej niż te sprzedawane w wiaderkach. Ogólnie, gdyby usunąć z niej ziarna i kolorowe chrupki (oraz zapakować ją w trwalsze opakowanie), mogłaby zostać całkiem przyzwoitą karmą ze średniej półki. Niestety, na chwilę obecną jest tylko lepszą karmą z niskiej. Mówiąc wprost - jeśli będziecie karmić tym świnkę, to wam od tego nie zdechnie, mogła trafić gorzej. Ale myślę, że zdecydowanie warto dopłacić za karmę lepszej jakości.

Plusy:
+ niska cena
+ łatwa dostępność

Minusy:
- bardzo nietrwałe opakowanie
- obecność ziaren
- obecność składników pochodzenia zwierzęcego

środa, 7 września 2016

Awantury kąpielowe

Niedawno na jednej ze świnkowych grup na fejsie rozgorzałą dyskusja o kąpaniu świnek. Jej przebieg trochę mnie zdziwił – szczerze mówiąc, nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że jest to temat wywołujący takie emocje (co prawda nie umywała się temperaturą do dowolnej dyskusji na kontrowersyjny psio-koci temat, ale i tak robiła wrażenie). Pomyślałam, że też dodam swoje trzy grosze, ale zanim się namyśliłam, to wątek został skasowany. Cóż, od czego jest blogasek.;)

Muszę przyznać, że rozumiem drażliwość niektórych osób na tym punkcie (zwłaszcza tych, które zajmują się pomocą świnkom niechcianym). Kąpiel śwince naprawdę w dziewięciu przypadkach na dziesięć nie jest do niczego potrzebna, za to zwykle stanowi źródło stresu i dyskomfortu. One tego po prostu nie lubią i naprawdę bardzo rzadko potrzebują. Swoje dziewczyny kąpałam jak dotąd trzy razy, z czego raz niepotrzebnie. (No ale wtedy nie miałam doświadczenia i wydawało mi się, że upaćkana arbuzem Momo nie da rady się sama wyczyścić. Oczywiście dałaby radę, za to ja nie musiałabym rozdzielać próbujących się pomordować świnek, bo Appa nie poznała świeżo pachnącej koleżanki i próbowała ją zabić. Stąd też teraz jeśli muszę kogoś moczyć, to moczę wszystkich, w końcu nieszczęścia zbliżają).


Niestety, nasze społeczeństwo en masse dziwnym trafem nie ma odruchu zdobywania chociażby podstawowej wiedzy o zwierzęciu, którym zamierza się zaopiekować. Przecież wiadomo, że jak zwierzę ma w nazwie „morska”, to wodę uwielbia, to elementarne drogi Watsonie. (Anegdotka: Luby mój był kiedyś świadkiem rozmowy telefonicznej, w której dzwoniąca mama świeżo upieczonej małoletniej właścicielki świnki morskiej próbowała usilnie dowiedzieć się, jak należy to zwierzę pławić, bo z nazwy wynika, że lubi wodę. Ekspedientce zajęło trochę czasu wytłumaczenie, że jednak gryzoń nie ma z wodą nic wspólnego). Sytuacji nie poprawiają wszelkiego rodzaju youtuberzy, kręcący filmiki instruktarzowe ze zdrowymi i czystymi świnkami. Widz później ogląda taki filmik, patrzy na uśmiechniętego prowadzącego z entuzjazmem opisującego swoje poczynania i też chce mieć uroczo nabzdyczoną świneczkę. A jeśli nie zachowa odpowiedniej delikatności (o co dzieciom, wyjątkowo podatnym na sugestie słodkich filmików, czasem trudno) i świnki nie dosuszy, to mogą być kłopoty. 

Ilustracja konkretnie do przytoczonej anegdotki.
Z drugiej strony, nie przesadzajmy. W większości przypadków kąpiel kończy się najwyżej fochem forever i naprawdę świnki od tego nie umierają (a jeśli umierają, to śmiem twierdzić, że przy opiekunie, który do tego doprowadził, prędzej czy później umarłyby z innej przyczyny, niekoniecznie naturalnej). Nie zakwalifikowałabym tego jako zbrodni na dobrostanie zwierząt. A niektórzy weterynarze (nawet specjaliści od gryzoni!) zalecają profilaktyczne kąpiele nie częściej niż raz w miesiącu. Choć przyznam, że nie jest to szczególnie popularna opinia.

Osobną kategorią są świnki łyse i wystawowe. Łyse dlatego, że jedną z zalecanych metod pielęgnacji jest właśnie moczenie wieprzka w wodzie z oliwką, ponieważ skóra większości świnek bezwłosych wymaga dodatkowego natłuszczania. Są też alternatywne metody, ale kwestią osobniczą pozostaje, która dla danego łysola jest bardziej stresująca. Świnki wystawowe natomiast… cóż, nie wszyscy hodowcy kąpią swoje świnki przed każdą wystawą, ale jestem w stanie przyjąć do wiadomości, że specjalna prezentacja wymaga specjalnych przygotowań.

Napisałam tyle literek, żeby powiedzieć właściwe tylko to, że świnki kąpać można, ale po co? Od tego ogólna ilość szczęścia we wszechświecie raczej maleje, niż rośnie. I tego się trzymajmy.